Let's Go My Dream

Jeden dzień z życia
opowiadania

Prawdziwe historie, opisujące heroiczną walkę rodziców, o zdrowie i sprawność dzieci dedykujemy szczególnie:

Tym, którzy nigdy nie mieli i nie mają takich problemów - aby zwrócić ich uwagę.
Tym, którzy są na początku takiej drogi - aby ich wesprzeć, bo jednak można.
Tym, którzy tak samo walczą każdego dnia - aby pokazać, że nie są sami.

Najbardziej skutecznym lekarstwem, nie wywołującym żadnych skutków ubocznych, możliwym do stosowania bez żadnych przeciwwskazań, w dowolnych ilościach i w każdej chorobie, o skuteczności potwierdzonej klinicznie :) a dostępnym za darmo i bez recepty, jest lekarstwo o nazwie MIŁOŚĆ...



MARCELEK

Jeden dzień z życia Marcelka

Marcelek...Każdy dzień z pozoru taki sam jak poprzedni. Dla nas każdy z nich różnił się bardzo i był na wagę złota. Te same godziny karmienia, zbliżone godziny odśluzowywania i ćwiczenia, a jednak to już był inny, nowy dzień, nowe postępy Marcelka...
Były dni spokojniejsze, ale i takie gdzie walczyliśmy o każdy oddech... Słowa nie oddadzą klimatu każdego dnia, nie wszystko było przewidywalne. Były chwile grozy, ale i zabawy. To był czas gdzie liczyliśmy się tylko my i ON. Nic i nikt wtedy nie był ważniejszy od Marcelka. Nikt nam tych cudownych wspomnień nigdy nie odbierze...

Żyjąc z dzieckiem z diagnozą letalnej wady mózgu i z aktywnym wodogłowiem docenia się każdą sekundę. Codziennie od dwóch lat dźwięk komórki budził nas w nocy regularnie co dwie godziny na odśluzowanie, karmienie, czasami częściej. Zmęczenie dawało znać tylko na początku potem nasze organizmy przyzwyczaiły się do nocnego czuwania. Marcelek źle trawił, więc częste, a mniejsze porcje posiłków były zbawienne. Każde przebudzenie to czas na wymianę pampersika, odśluzowanie, zmianę pozycji, szybkiego buziaczka.Tatty 05

Po zabiegach higienicznych trzeba było synka „ululać”, bo to był mały pieścioch. Najszybciej zasypiał przy tatusiu, ja musiałam się troszkę napracować. Spaliśmy zawsze złączeni rączkami. Marcel był spokojniejszy, gdy trzymał kogoś za paluszek. Staraliśmy się, aby zawsze czuł nas obok siebie. Organizowaliśmy sobie dzień w Marcelka pokoiku.

Godzina 6:00 to czas wyjścia męża do pracy, pożegnalne buziaczki dla Marcelka. Dla mnie to czas kolejnych karmień, odśluzowań, pomiarów główki, wagi, kontrola obrzęków, uzupełnianie notatek dla lekarzy. Godzina 8:00 to zabiegi pielęgnacyjne, inhalacje, oklepywania, ćwiczenia, masaże, leki, karmienie...

Gdy udawało się Marcelka wyciszyć z ataków padaczkowych to czas od 9:00-10:00 był czasem dla mnie. Wtedy jadłam śniadanko, robiłam Marcelkowi sweterki na drutach i szyłam kolorowe poszewki na kołderki. Odpowiadałam na maile lub szukałam odpowiedzi w internecie na pytania, na które lekarze nie chcieli odpowiadać. Dla nich nasze dzieciątko nie miało prawa żyć.

Czas od 10:00 do powrotu męża upływał bardzo szybko. Organizowaliśmy sobie ten czas bardzo różnie w zależności od samopoczucia Marcelka. Często to były chwile, gdy leki padaczkowe przestawały działać, a ataki pojawiały się raz po raz. Przydatny był wtedy delikatny masaż stópek, czy zwyczajne położenie się obok. Czasami spacerek we wózeczku, świeże powietrze uspokajało go na tyle, że od razu zasypiał. Bywało i tak, że ze względu na gorszy stan zdrowia mogliśmy wyjść tylko na balkon. Koło 14.00- 15.00 był obiadek, potem deserek. Około 18:00 Marcelek najczęściej był już spokojniejszy, choć pojedyncze ataki nadal się pojawiały. Po całym dniu ataków tak zasypiał, że nie czuł wieczornej kąpieli. Kolacyjkę otrzymywał przez w czasie snu przez sondę. Sen jednak nie trwał nigdy długo, bo ok. 23.00 przychodziły kolejne ataki padaczkowe, silne zaśluzowanie...

I tak upływały nam dni, miesiące aż do 24.03.2011 - Marcelek odszedł około godz. 18:00.
Był dla nas całym światem. To były najpiękniejsze dwa lata. Tej pustki nic już nie wypełni. Wierzymy, że cały czas jest z nami. Dla niego staramy się żyć dalej i coś zmieniać w swoim życiu, by widział, że jego cierpienie nie poszło na marne. Wspomnienia wciąż są żywe. Pamiętamy każdą sekundę jego życia.

fotografia 1       fotografia 2       fotografia 3       strona www

Atusia


JULIA

W sobotę jesteśmy razem

Każdy dzień Julki jest inny, ale najbardziej zwariowana jest sobota. Tak naprawdę zaczyna się w nocy. Około godziny 2 kończy się pierwsza pompa z odżywką. Piszczy alarm, więc tata wstaje i wyłącza go. Mama poszła późno spać, dlatego sen ma taki twardy, że do godziny 5 rano nic nie usłyszy. Często Julia budzi się ok. 3-4 na przełożenie, odessanie i przewinięcie. Potem jeszcze zasypia przy swojej muzycznej kołysance i śpi tak do ok. 7-8 rano. Wtedy dostaje drugą porcję odżywki przez pompę. Jest w tym czasie przywiązana do łóżka, więc ten czas umila sobie słuchaniem bajek radiowych lub oglądaniem na laptopie ulubionego Kubusia Puchatka. Młodsza siostra Julii – Marysia już jest na nogach. Rodzice nie są w stanie jeszcze się na dobre obudzić (bo dzień zaczął się w nocy) i następuje wymiana przy obsłudze dzieci - picie, i do łóżka, „Danio”, i do łóżka, pielucha, łóżko, nocnik, łóżko, obrócić głowę, położyć książkę z obrazkami, łóżko, włączyć nowe słuchowisko, łóżko, itd…

O godzinie 10:30 przychodzi pan Marcin – rehabilitant, dlatego do tego czasu musimy się wszyscy doprowadzić do porządku, ubrać, umyć, wymienić gaziki, uczesać, umyć zęby, pościelić łóżka. Ciężkie jest to wstawanie… Na zajęcia Julia opuszcza łóżko i wędruje na czerwony stół do masażu, który jest w drugim pokoju. Podczas gdy Julia ćwiczy z panem Marcinem, mama z tatą i Marysią jedzą śniadanie.

Po ćwiczeniach jest chwila na drugie śniadanie Julii – mamusina zupa. I już ok. 12-tej przychodzi Marta – pani logopeda. Podczas tych zajęć Julia wykonuje przeróżne prace plastyczne, uczy się liczyć, poznaje literki, dźwięki, kształty, faktury, itd. Marysia pomaga starszej siostrze na ile (o ile) Julia wyrazi zgodę. Często jest tak, że Mary może nawet przyklejać różne fragmenty obrazków, ale tylko te które Julia pozwoli. Marysia jeszcze nie do końca rozumie dla czego Julia marszczy brwi i jej nie pozwala, przecież to taka fajna zabawa.

Jak starczy czasu, to w trakcie wizyty Marty mama i tata sprzątają dom. Tata ściera kurze, mama odkurza albo robi pranie. Potem szybki obiad, picie dla Julii i wszyscy dają z domu nogę. Jest to wyjazd na spacer, do drugiej babci do Tczewa albo gdzie kółka poniosą. Są soboty, że nie zdążą dać nogi, bo ktoś przyjeżdża na odwiedziny. Czasem w pierwszy dzień weekendu wypada kąpiel (co drugi dzień), wtedy zostają w domu, oglądają bajki, tata czyta książeczki, albo układa klocki z dziewczynami, bawi się w teatrzyk - ogólnie gry konkursy i zabawy. Mama w tym czasie zamyka się w warsztacie i maluje drewniane pudełka.

Około 18-tej, gdy Julia jest już po drugiej porcji zupy, do pokoju wjeżdża wielka wanna na specjalnym stelażu. Tata nalewa wody. Najpierw kąpie się Julia. Marysia jest druga, bo lubi dłużej się pluskać. Wykąpana i wymoczona Julia trafia z powrotem na czerwony stół, gdzie mama wymienia wszystkie gaziki i tasiemkę na nowe, ubiera piżamę, suszy włosy (tego Jula nie za bardzo lubi). Cała akcja kąpania trwa z dobrą godzinę. Jeszcze jedna bajka na MiniMini i tata zabiera Julię do jej łóżka. Tam czytają książki. Marysia nie ma cierpliwości do słuchania, więc po kąpieli pije kakao i wciąga bułkę z masłem. Jeszcze mycie zębów i wędruje do łóżeczka. Na koniec dnia wspólny pacierz. Jula bez niego nie zaśnie spokojnie. Jeszcze buziak na dobranoc, krzyżyk na czółku, kołysanka i gaszenie światła. Julia zasypia w mig, Marysia jeszcze zanim zaśnie musi się potulić do mamy. Czasem mama zaśnie w pokoju dziewczynek jako pierwsza, ale po dwóch, trzech godzinach wstaje żeby dokończyć prace domowe, upiec ciasto na niedzielę, albo obejrzeć film. Tata idzie spać wcześniej, a mama czeka na nocne przekładanie, karmienie i zasypia ok. 1-szej w nocy. Wtedy tata przestawia sen na czuwanie.

I przychodzi niedziela...

fotografia 1           fotografia 2              fotografia 3           strona www

iki81


WIKTOREK

31.10.2010, niedziela, około 7 rano

Budzik? Nie to jeszcze za wcześnie... Dopiero się położyłam... Jeszcze chwila... plisssss
Kurcze to nie budzik - to telefon...
- Łukasz?
- ...
- Urodziła? Chłopiec? Tak się cieszę :) Wszystko w porządku?
- ...
- Jak to nie oddycha?
- ...
- Gdzie? Płock? A nie Warszawa?
- ...
- Już jadę!!!
Boże...
- Kto? To Łukasz. Asia urodziła! Z małym jest źle - jadę do szpitala...
Muszę się ogarnąć... Zęby, muszę umyć zęby... Boże co się dzieje... nic nie wskazywało...
- Zadzwoniłeś do Bożenki? Może zna jakiegoś pediatrę?
- Bożenko? Asia urodziła ale jest problem... Pojedziesz ze mną? Dziękuję... Zaraz będę gotowa...
- Beatko? Przepraszam że tak wcześnie ale... znasz jakiegoś pediatrę w Socho? Nie? Asia urodziła ale Mały ma problem z oddychaniem i musi być przewieziony... mam nadzieję, że do Warszawy... Nie dzięki... Módl się kochana...
Jest Bożenka...
- Bożenko wstąpimy po Teściową...
8 rano; szpital
- Jakaś karetka... to po naszego Wiktorka? Chyba tak...
Spokój, tylko spokój... zachować uśmiech i nie rozkleić się... nie teraz...
- Cześć córciu... Wszystko będzie dobrze... Mały jedzie do Warszawy, do Instytutu... Tam się nim zajmą... Ciocia zostanie z tobą bo, ja muszę do pracy... Łukasz pojedzie do Warszawy za karetką... Tata z nim pojedzie i Teściowa... nie będzie sam...
Wychodzę na chwilę... Jedzie inkubator... to Wiktorek? Tak!!! Boże jaki malutki... Podejrzewacie coś? Wada serduszka? Zaczynam się rozpadać... jeszcze nie, jeszcze nie mogę... nie teraz...
Wracam do Asi...
- Hej, widziałam Go... Taki śliczny... No już, spokojnie, będzie dobrze...
9 rano; praca
Gonitwa myśli... żadnej nie mogę uchwycić... cholerne zlecenia...
Dobra. Ile ich mam? Trochę jest... kilka sztucznych, parę żywych... Dobrze, że mam notatki, ręce pracują same...
10 rano; praca 

Czemu nie dzwonią? Dojechali czy nie? Muszę na zaplecze... zabraknie mi tych chusteczek... cholera... klientka... nie to ciocia.
- Nadal żadnych wiadomości... na razie nic nie wiem konkretnego... dziękuję, powtórzę...
Boże, jak ten czas się dłuży... Dobrze, że ręce wiedzą co mają robić... Bez udziału głowy...
Godzina, dwie, trzy, praca, praca, praca...
Telefon, to Zenek...
- Coś wiadomo? Zaintubowany? Leży na OIOM-ie? Nie wiedzą co? Będą badania? Na razie stabilny? Z Asią jest Bożenka... tak, jakoś się trzyma... No to pa.
18 kończę pracę i jadę do Asi...
Niewiele pamiętam z reszty dnia... A nad tym co opisałam wcześniej też musiałam długo myśleć...
I pewnie słowa, których użyłam różnią się od oryginału... Nie wiem jak spałam i czy spałam... Pewnie trochę...
01.11.2010. Warszawa; Instytut Matki i dziecka na Kasprzaka; OIOM
- Cześć malutki... To ja, Twoja babcia... Oddychaj słońce, oddychaj... Walcz Wiktorku... Wszystko będzie dobrze... będzie dobrze... 

*  .  *

Napisałam to... opowiadanie pod wpływem opowiadań dziewczyn z forum „Po tracheotomii”. Nie mam śmiałości umieścić go na forum. Ich opowiadania są skarbnicą wiedzy. To One są bohaterkami...
A ja? Cóż... Jestem tylko babcią i stoję tak trochę z boku... To nie na mnie spoczywa cała odpowiedzialność...  Ale...

fotografia 1       fotografia 2       fotografia 3       strona www

Babcia Agnieszka


MAJA

Co Majeczka, co mówisz?...

...pobawimy się może?

Ciii bo mama śpi...

Otwieram oczy jest niedzielny poranek - hmm poranek - czytajcie 6:30. Maja stoi w łóżeczku, Matek obok i gada jak najęty. Pora wstać. Wchodzę do kuchni, nastawiam ekspres i przygotowuje śniadanie dla dzieciaków.

„Maja łaaap” słyszę i oczom mym ukazuje się książka lecąca w stronę łóżeczka. Majek robi unik - chyba już uodporniła się na starszego brata - Mati zawzięcie tłumaczy, że chciał tylko, żeby Majeczka poczytała:) Podaję śniadanko.  I czekam,  kaszlnięcie, odsysanie, umazany stół kuchni keczupem z Matkowych parówek. Jest 10:00, ubieram siebie i dzieciaki, pakuje full jedzenia, ssak, cewniki, rurki na zmianę i kilka innych, dzieciowych gadżetów, ok. 11 zamykam drzwi domu, uff nie lada wyczyn przy 2 dzieci, wracam zapomniałam wyłączy ekspresu do kawy:) W końcu wychodzimy... po drodze, zgarniamy jeszcze moją młodszą siostrę...

Jest piękny słoneczny dzień, nad morzem powiewa lekki wiaterek, Matek szaleje z Zuzą a Maja siedzi na kocu i bawi się kamyczkami (ma nadwrażliwość dotykową i jak na razie oswajamy się dopiero z piaskiem), ja wystawiam twarz do słońca i tak po prostu jestem szczęśliwa:)... zabawy, wygłupy, moczenie nóg, budowanie zamków, granie w piłkę i duuużo uśmiechów na twarzach moich dzieci przerywane, buczeniem ssaka..., potem szybki obiadek i spacer po parku Mati gadający bez przerwy niczym katarynka i Maja siedząca w wózku i obserwująca wszystko wokoło. Mamo, a co to za roślina? Mamo, Maja mówi, że chce loda... Mati, Maja przecież nie mówi - mówi ja ją słyszę:)...

Jest godz. 19, dzieciaki wykąpane i najedzone leżą w łóżkach. Mati ogląda MiniMini, Maja wtulona w pieluchę zasypia... a ja..., ja rozmawiam z moim mężem na skypie, opowiadam mu co dziś robiliśmy, omawiamy sprawy związane z leczeniem Majki, żeby miał chociaż namiastkę tego, co dzieje się u nas, wysyłam zdjęcia i tak sobie minął kolejny dzień, kąpiel, dobra książka, malowanie paznokci i szybki szkic dla relaksu:) Jest pierwsza, kładę się spać, dobranoc wam...

fotografia 1

Olaaa-Calineczka


JULA

Dzień urodzin

Otwieram oczy, słońce świeci prosto na mnie, odwracam się na drugi bok..., patrzę godzina 6.

Jula już z boku na bok się przekręca, już ma płytki sen, jak zwykle z rana, jeden mały hałas i będzie koniec spania... patrzę na nią i myślę: 13 czerwiec...., właśnie dziś mija 3 lata odkąd urodziłam dwie maleńkie istotki... Natalcia żyła kila godzin, nawet jej nie zobaczyłam.. :( (łza mi cieknie po policzku...)

Ale Jula moja dzielna.. 25 tydzień ciąży, 610 gram i skąd ona miała siłę by walczyć?? By mimo wylewów, niewykształconych organów wewnętrznych, infekcji, niepracujących nerek...., jak ona to zrobiła??

Patrzę na nią i nie wierze...

Z takiego maleństwa wyrosła mi taka cudna dziewczynka i jaka mądra....

Pierwsze urodziny obchodziliśmy na rurce z tlenem, sondzie w nosie i rurce tracheo, do drugich urodzin pozbyliśmy się tlenu i sondy... a teraz ma 3 latka i nie ma żadnej rurki..., wierzyć mi się nie chce... do tej pory pamiętam mój płacz gdy ją zobaczyłam.. była tak maleńka jak dłoń...

Ooo rusza się..., przeciąga..., wiedziałam że tak będzie, już siedzi z uśmiechem na twarzy i mówi mama:))) Jedno z kilku słów, które wypowiada po dekaniulacji..., przytula się do mnie moje maleństwo..., mówię jej „wszystkiego najlepszego kruszynko”, ona się śmieje..., chyba jeszcze nie wie o co chodzi:) Sadzam ją na nocniczku - od dwóch tygodni walczymy - i pięknie sika:))

Ubieramy się i idziemy na śniadanko..., mamy mało czasu, zaraz jedziemy na wczesne wspomaganie... Pani logopeda uczy Juli słowa „am am" (jedzenie) a Jula się śmieje i mówi „mam mam”:) Zawsze coś... Jest uparta, ma to chyba po mnie i mężu razem wzięte:)

Po godzinie z logopedą czeka już na nas Pani Madzia... pedagog... Jula ma na uszach wielkie słuchawki i słucha odgłosów zwierząt..., jak nigdy jest skupiona... i taka poważna:)) Jak nie ona... Kolejna godzina za nami. Jedziemy szybko coś zjeść bo mamy godzinkę do następnych zajęć - tym razem zajęcia muzyczne.

Odkąd zwolniono nas z rehabilitacji spędzamy czas inaczej, ale także pożytecznie. Jula uczy się przebywać z innymi dziećmi i się ich nie bać... Wydaje mi się, że doskonale czuje muzykę, tańczy najładniej ze wszystkich:)) Co prawda nie mówi jak inne dzieci, ale słucha i porozumiewa się po swojemu...

Po zajęciach pakuję ją do samochodu jedziemy wreszcie do domu... Jula zmęczona pada po 2 minutach jazdy..., śpi..., jest strasznie gorąco. Oczywiście w naszym gracie klimatyzacji nie ma. Patrzę jak krople potu spływają jej po czole i po szyjce w okolicach dziurki po rurce tracheo. Co zatrzymuje się na światłach sięgam ręką i przecieram te kropelki... Moja dzielna trzylatka..., tyle przeszła... a jest tak radosnych dzieckiem... kocham ją ponad życie...

To tyle:)

fotografia 1      fotografia 2      fotografia 3      fotografia 4      fototografia 5      strona www

Mama_Juli


TOSIEK

Poniedziałek

..bo każdy dzień mimo wszystko różni się od siebie.

Zegarek nastawiony na 6:40. Najpierw szybciutko szykuję się ja, potem idę budzić Antośka - na szczęście córcia bardzo samodzielna i nie potrzebuje rano mamy. Tradycyjne marudzenie, że „się jeszcze nie wyspałem”, ale cóż dziś dzień szkolny, nie ma lekko, obowiązek to obowiązek.

Zaczynamy od odsysania, bo zalega wszędzie i w buzi, i nosie, i w rurce. Potem koniecznie pić, woda podana strzykawką do buziola. Teraz kolej na sondkę i śniadanko do brzuszka, najczęściej ciepłe mleczko.

W międzyczasie poranna toaleta, o ząbkach koniecznie pamiętając i gimnastyka, bo ścierpnięte dziecko po nocy. Wyrzucam sondkę, zakładam Młodemu gorset i ubieram do szkoły. W zależności od pogody, zabiera nas bus szkolny, bądź idziemy spacerkiem do szkoły, jest godz. ok. 8.20. W szkole edukacja wczesnoszkolna i religia.

Wracamy do domu ok. 11-tej. Po drodze szybkie zakupy w osiedlowym sklepiku. Drugie śniadanko, najczęściej odżywka no i koniecznie odpoczynek „na leżaka”, przy komputerze. O 13-tej w domu lekcje z angielskiego (mnie się udaje wtedy podszykować obiad dla reszty rodzinki), matka zawsze w zasięgu i gotowości na odsysanie, bądź jako tłumacz (bo czasami jeszcze trudno zrozumieć co uczeń mówi).

Pomiędzy 14 a 15 chwila relaksu.

O godz. 15-tej Antek ma rehabilitację, do ok. 16.30 (matka tradycyjnie w zasięgu, bo odsysanie, bo siusiu...). W tym czasie do domu wraca córcia, głodna i spragniona podzielić się wydarzeniami szkolnymi, więc chwila znaleźć się musi. Po ćwiczeniach zasiadamy do odrabiania lekcji, mama podtrzymuje rękę, przekłada kartki, podaje pisak do ręki, pomoże pokolorować i tak do ok 18-tej.

Wraca mężuś z pracy, głodny a jakże:) Antek już wygląda kiedy to z tatusiem pogada, pobawi się i pogra na kompie (w to w co się nie da z mamą). Ja w tym czasie próbuję ogarnąć dom, a potem zmykam na godzinkę na rower, albo na kawusię do koleżanki.

Kolacja, toaleta wieczorna Młodego. Na zegarku 22.30 dziecko młodsze zasypia. Jest chwila spokoju, na książkę, na nocne wiadomości... W nocy kilka razy pobudka na odsysanie i przełożenie na drugi bok. I to tyle, nic nadzwyczajnego...    

fotografia 1       strona www

Basik


Opowieść wigilijna

Jestem w pracy. Idę korytarzem urzędu i w oddali widzę znajomą postać. Uśmiecham się a w odpowiedzi Marek macha do mnie ręką. Mówię do niego: Zajrzyj, jak załatwisz swoje sprawy. Znam go od lat i bardzo lubię ale rzadko się widujemy.

Po chwili Marek przyszedł i zaczynamy rozmowę. Wiem, że ma syna z SMA i korzystając z okazji chciałem mu przekazać coś ważnego... To taka dziwna troska o innych – żeby nie popełniali tych samych błędów co my:) Ale Marek jest już w sprawie dobrze zorientowany – na szczęście!

Opowiada mi o synku i jego chorobie, a ja nadstawiam ucha bo to ten obszar życia, który mnie bardzo interesuje. Kiedy ma się podobne problemy nadaje się na tych samych falach i człowiek głodny jest doświadczeń innych - to największa w świecie baza wiedzy praktycznej.

W opowiadaniu Marka ważne miejsce zajmuje „dziwny” doktor, więc słucham z coraz większą uwagą. A tu płynie ciekawa opowieść: Co roku jeździmy z naszym małym na turnusy rehabilitacyjne do Wągrowca. Przyjeżdża tam taki doktor – dobry duch, który oświeca wszystkich, hojnie dzieli się swoją wiedzą, czasu nigdy nie żałuje, badania regularnie dzieciakom robi, zaś rodzicom odpowiednie wykłady. Przefajny gość z tego doktora, na kasę się nie ogląda a na każdym kroku widać, że po prostu kocha swoją robotę. I dystansu do siebie nie tworzy, przystępny jest, towarzyski, tak łatwo się z nim rozmawia. A choć sam wielką wiedzę posiada, z pokorą słucha naszych doświadczeń i podkreśla, jak wiele się może od nas nauczyć…

Moje uszy robią się jakby coraz większe, bo przecież w dzisiejszych czasach to jednak rzadkość tyle dobrego słyszeć o jednym człowieku, a Marek dalej opowiada: O tym, jak to doktor zlecił jednej pielęgniarce zrobić badania dzieciaków, a ta przy dziesiątym się zmęczyła i dalej już nie chciała. I jak zaraz dzwonili do „naszego doktora” a on tak pielęgniarkę ustawił, że nagle siły odzyskała. Po prostu człowiekiem jest nasz doktor - człowiekiem podkreśla!

Wielki chłop z tego naszego kochanego doktora – o taaaki – pokazuje Marek rozkładając ręce…

A nazywa się… zaraz, jak on się nazywa? A – już wiem – nazywa się W(…)

W tym momencie czuję ciarki na plecach i zimno mi się robi, to znowu gorąco. Bo przecie ja dobrze znam to nazwisko, a gdyby mnie kto obudził nawet w środku nocy to i tak zawsze bym to wiedział. Towarzyszy nam ten doktor od wielu lat a największą naszą podporą i ratunkiem był nam w ciągu ostatniego roku, kiedyśmy tak razem, ramię w ramię o Anię walczyli. Nie byłoby przecież tego sukcesu gdyby nie wielki (i bezinteresowny) udział doktora Wu w naszej batalii. On dla nas jest jak domownik, jak najbliższa osoba...

Kto się latami nie zmaga z „nieuleczalnym”, kto się na co dzień nie potyka o „niemożliwe” ten nie zrozumie co to znaczy, spotkać na swej drodze takiego człowieka. A jeśli przy tym jest on pasjonatem swojego zawodu i doświadczonym lekarzem, wówczas nadzieja i wdzięczność jest pomnożona wiele, wiele razy...

Więc mówię Markowi, że znam tego doktora, ale emocje takie wielkie... Słowa mi w gardle więzną i nie bardzo mogę opowiadać co i jak. Marek to czuje, bo przecież rozumiemy się bez słów, więc dalej rozmawiamy już bardziej milczeniem. Doktor Wu obiecał nas odwiedzić i daję słowo Markowi, że go o tym powiadomię…

Wracam do domu, w głowie mi to wszystko pulsuje a myślę już, jak będę Ani o wszystkim opowiadał. Takie dziwne jest życie, dziwne i nieprzewidywalne. Kto by pomyślał, że nagle dowiem się tyle o znajomym człowieku, który mieszka prawie 500km stąd. I kiedy opowiadam Ani o tym niesamowitym wydarzeniu w głowie powstaje mi myśl – jakby podsumowanie tego wszystkiego – „Opowieść Wigilijna”.

Krzysiek

© 2013-2018
{: Krzysiek Maziarz        krzysiek@andreovia.pl
12:00:00

stat free counters stat